Początek Nowości O stronie Artykuły Życie codzienne Linki

Pierwszy obóz Kuby - lato 2004

W tym roku odważyłam się pierwszy raz posłać dzieci na zajęcia wakacyjne poza domem. W naszym wypadku były to obozy dzienne - zajęcia odbywają się od 9 rano do 3-4 po południu, w czasie, gdy rodzice są w pracy. Obozy tego typu trwaja tydzień i w zależnosci od organizatora i stanu finansów można się zapisać na jeden lub kilka tygodni.

Po raz pierwszy miałam możliwosć zapisania Kuby na zajęcia z dziećmi takimi jak on. Tutejszy oddział Stowarzyszenia Autystycznego ( Autism Society of Ontario) organizował tygodniowy obóz dla dzieci z Zespołem Aspergera. POnieważ nie do końca wiedziałam jak Kuba bedzie reagował na cos takiego wybrałam zajęcia trwające tylko 4 dni. ( pierwszy poniedzialek sierpnia jest dniem wolnym od pracy).

Grupa, w ktorej byl Kuba składała się z siedmiorga dzieci - 5 chłopców i 2 dziewczynki i 4 osób dorosłych. Opiekunki prowadzące zajęcia to studentki pedagogiki specjalnej lub rodzice dzieci autystycznych.

Znalismy adres miejsca, gdzie miały odbywać się zajęcia, nie wiedzielismy jednak gdzie dzieci miały się spotkać. Podjechalismy na boczny parking i od razu wiedziałam, że to jest to miejsce. Ze stojącego niedaleko samochodu wysiadł chłopiec, na oko w podobnym wieku, jak mój syn, fizycznie oczywiscie wyglądał inaczej, ale emocje malujące się na jego buzi, gesty, niepewnosć i niecheć wyglądały jak lustrzane odbicie mojego dziecka. To wręcz niesamowite, jak na pierwszy rzut oka to widać, jak te dzieci są do siebie podobne.

W ciągu kolejnych dni, gdy odwoziłam i odbierałam Kube to wrażenie się jeszcze bardziej pogłebiło - te same reakcje na niepowodzenia, podobne wybuchy, zapętlenie mysli i ciągnięcie rozmów wokół tych samych tematów. Do tego jeszcze mimika - ograniczona ilosć ekspresji, ale bardzo wyraziste okazywanie radosci, ciekawosci, żalu.

Po pierwszym dniu Kuba powiedział mi, że nie chce już pojawiać się następnego dnia. Miał do mnie pretensje, że pojawiłam sie "tak późno" - okazało się potem, że była jakas niejasna sytuacja i nie mógł skorzystać z telefonu, by ze mną porozmawiać. To wystarczyło, by go wyprowadzić z równowagi. Dopiero wieczorem otworzył się, opowiadał o tym co robili w czasie dnia, zaczał się smiać i przytaczać historyjkę, którą wszystkie dzieci tworzyły razem. Następnego dnia nie było żadnych kłopotów z wczesnym wstaniem i wybraniem się. Każdego kolejnego dnia Kuba był bardziej zadowolony i rozmowny. Opowiadał o kolegach, o tym co robił.

Sam obóz był bardzo dobrze rozplanowany. Każdy dzień miał osobny temat, któremu podporządkowane były zajęcia. Były to : transport, cos o sobie, dzień owadów i dzień tatuaży. Ogólna ramówka dnia wyglądała tak: rano krótka rozmowa z każdym z dzieci - bardziej dla rozładowania nerwów i niepokoju niż "wyciągnięcia" informacji. Potem zajęcia plastyczne, wspolne zabawy. Jeżeli któres z dzieci nie miało ochoty uczestniczyć, mogło skorzystać z placu zabaw, hustawek, piłek. W srodku dnia przerwa na posiłek - każde z dzieci przynosiło swoje kanapki. Potem zabawy sportowe i wspolne układanie opowiadań. Jak pisałam wczesniej - po pierwszym dniu zajęc Kuba nie był zbyt zachwycony samym pomysłem obozu. Długo i na okrągło pytał dlaczego został zapisany. Dopiero wieczorem zaczął opowiadać o tym, że każde z dzieci miało przedstawić jakis kraj, zwyczaje - z czym im się kojarzy. Drugiego dnia, sroda - główną zabawą był konkurs oparty na programie satyrycznym z telewizji " whose line is it anyway" - w wolnym tłumaczeniu " kto ma to w mońcu powiedzieć" ; są tam odgrywane skecze, rebusy, zagadki. W czwartek było "show and tell" - pokaż i opowiedz; kazde dziecko miało przyniesć "cos" - zabawke, ksiażke, interesujący przedmiot. W tym dniu przyjecałam wystarczająco wczesnie by zobaczyć końcówkę dnia. Jednym z przedmiotów był ząb rekina. Potem dzieci siadły na krzesełkach turystycznych ustawionych w półkole, na przeciwko jednej z opiekunek, która trzymala obrazek. Zadaniem dzieci było stworzenie opowiadania na podstawie obrazka -każde dziecko po jednym zdaniu. Przysłuchiwałam się. Ostatniego dnia, w piątek, organizowana była wycieczka do Muzeum Dziecięcego i do parku wodnego. Dzieci miały robione "tatuaże" - kalkomanie. Przez cały czas obozu dzieci dostawały specjalną nagrodę - friendship beads - koraliki przyjaźni, duże drewniane koraliki, które były zbierane i w ostatnim dniu wymienione na drobne zabawki.

Zobacz także: Niezwykłe historie


Wakacje w Polsce - 2003

Wakacje już się skończyły. Pierwsze dni szkoły za nami. Pora podsumować ten czas. Przyznam się otwarcie, że bałam się tego wyjazdu. Kontakt z rodziną utrzymujemu za pomocą rozmów telefonicznych, listów, zdjęć, e-maili, ale nawet obfita wymiana korespondencji przecież nie wystarcza. Dzieci nie widziały prawie nikogo poza dziadkami i jednej z kuzynek przez pięć lat. Jak na szkraby w tym wieku to całkiem długa przerwa.

Przygotowania do tego wyjazdu trwały prawie rok. Tuż po ostatnich wakacjach były pierwsze rozmowy, że moze na wakacje do Polski, że wszyscy za nami już tęsknią. Pierwsze plany finansowe. Najczęściej powtarzanymi tematami było: kogo spotkamy, kogo odwiedzimy, gdzie będziemy mieszkać, co będzie do jedzenia. Początkowo Kuba był bardzo chętny, potem, im bliżej wyjazdu coraz bardziej się bał, był niespokojny.

Wszystko w szkole zostało zapowiedziane odpowiednio wcześniej. Skracaliśmy dzieciom rok szkolny o kilka dni, więc w zwiazku z tym świadectwa musialy być wypisane na czas.

Wakacje zaczeły się dla nas w poniedziałek, 23 czerwca. Wylot z Toronto w godzinach popołudniowych. Samolot opóźniony jakąś godzinę. Lot raczej spokojny. Mimo, że trwał 9 godzin, dzieci nie zmrużyły oka nawet na moment. My zatem też nie bardzo. Obładowani przezornie przygotowanymi owocami i batonikami zbożowymi, nie musieliśmy sie martwić, że Kuba odmówi spożycia czegokolwiek z menu w samolocie. Jedyne, co łaskawie akceptował to napoje.

Pierwszy etap podróży - Berlin przywitał nas słonecznym porankiem. Dostanie się z lotniska do zamówionego hotelu zajeło nam troche czasu. Urszulka zasnęła juz w pierwszym autobusie i trzeba było jej pilnować. Niestety dojazd wymagał kilku przesiadek, co nie było łatwe - dużo bagaży i dwoje bardzo zmęczonych dzieci. Dojechaliśmy. Kapiel po długiej podróży, jakis ciepły posilek i spanie. Ustaliliśmy znacznie wczesniej, że Berlin będzie miejscem , gdzie będziemy "dochodzić do siebie, po zmianie czasu" (różnica 6 godzin). Pierwszy dzień w większości przespaliśmy. Jedyną aktywną częscią dnia było wyjście na obiad. Znaleźliśmy bardzo sympatyczną chorwacką restauracyjkę, gdzie na chybił trafil wybralismy coś z karty. O ile dzieci bez kłopotów znalazły oczywiste dania, jak to frytki i pizza z pieczarkami, tak z nami nie bylo tak prosto. Zamówiliśmy cos, co miało być daniem na dwie osoby, a w zupełności wystarczyło by i na 6. Cała masa mięs. Zostawilismy całkiem sporo - nie było szans na przechowanie ewentualnej reszty w pokoju hotelowym.

Następnego dnia znaleźliśmy wspaniałe sklepiki z gorącą kawą, kakaem, kanapkami i słodkimi bułeczkami. Nie trzeba było sie martwić o śniadanie. Potem butelki wody w plecak, jakieś herbatniki, aparat i w miasto. Dzieci poznały smak sprzedawanych wszędzie precli i słynnych niemieckich kiełbasek. Kuba zachwycony był metrem berlinskim. Największą radochę sprawiało mu odnajdywanie na mapkach poszczególnych stacji, połączeń. Potem, przez prawie całe wakacje metro i stacje kolejowe były głównym tematem jego rysunków i rozmów. Bardzo zdziwieni byliśmy wytrzymałoscią maluchów. W Muzeum Pergamon spędziliśmy kilka godzin. Zaczęły marudzić dopiero pod koniec zwiedzania, gdy my, dorośli, bylismy naprawdę zmęczeni. Drugim miejscem, które dzieciom się bardzo podobało było Muzeum Techniki, gdzie były stare, wciąż działające maszyny z fabryk i wielka kolekcja wagonów i lokomotyw. Znacznie mniejsze wrażenie wywarło Muzeum Historii Naturalnej. Owszem szkielety dinozaurów były imponujace, ale reszta wystawianych obiektow raczej dzieci nie interesowała. Dużo spacerowalismy uliczkami, oglądalismy wiekszość ciekawostek turystycznych wymienianych w przewodniku. Zwiedzilismy naprawde sporo w ciagu tych kilku dni.

Kolejny dzień spędziliśmy w pociągu. Ten środek transportu bardziej nam pasował. Więcej miejsca, niż w samolocie - można było spacerować i co było dla nas miłą niespodzianką - przedziały były klimatyzowane. Po kilku godzinach jazdy spotkanie z rodziną na dworcu, podział na samochody, bo wszyscy by się w jeden z bagażami nie zmieścili. Pierwsze zabawne próby Urszulki, by porozumieć się z kuzynkami Niestety, okazało się, że znajomość języka polskiego jest niezbędna. Z czasem kłopoty związane z językiem się zmniejszały.

Trzeba przyznać, że pobyt w Polsce, przynajmniej na początku był bardzo męczący. Dużo osób do odwiedzenia, mało czasu na to. Zmienialiśmy miejsce pobytu srednio co 2-3 dni. Kuba źle to znosił, bo wiadomo nowe twarze, nowe miejsca. Powolnemu oswajaniu się bardzo pomagał dostęp do komputera. Gdy tylko Kuba mógł usiąść przy klawiaturze to juz wszystko wracało na właściwe miejsce. Największy kłopot był z jedzeniem. Zdarzało się, że musielismy odwiedzać kilka kolejnych sklepów w poszukiwaniu odpowiedniego keczupu, frytek, owoców. Z przykrością musze powiedzieć, że Kuba bardzo ograniczył zestaw potraw i produktów, ktore do tej pory jadał.

Staraliśmy się jakoś urozmaicić dzieciom nasz pobyt. Wizyty rodzinne nie były taka atrakcją dla nich, jak dla nas, dorosłych. W Warszawie podobała się im Starówka, Kolumna Zygmunta. W Zoo obejrzane były tylko małpy, a najciekawszym obiektem była karuzela. W Krakowie podobał sie Wawel, obwarzanki - koniecznie z dużą ilością soli i straszene gołębi na Rynku. W Poznaniu koziołki na Wieży Ratuszowej. Ciekawostką było podróżowanie komunikacją miejską, trzymanie się poręczy, kasowanie biletów, porównywanie cen biletów jedno i wieloprzejazdowych. Tu u nas, w małym miasteczku, nie ma tramwai, ani autobusów, a po Toronto jeździmy samochodem. Nawet zastanawialiśmy się, czy nie zacząć kolekcjonować biletów autobusowych z różnych miast, ale jakos nie wyszło. Urszulka mogła wreszcie nabawić się z dziećmi. Dla niej największym zmartwieniem była mniejsza ilość programów telewizyjnych dla dzieci. Kuba wybierał kontakty z dorosłymi. Czasami dawał się namówić na grę "monopoly", czasami na partyjke domino. Czytał specjalistyczne czasopisma dotyczące komputerów.

Wakacje w Polsce trwały prawie dwa miesiące. Myśle, że były udane. Przywieźlismy cała masę pamiątek i zdjęć. Często wspominamy. Kiedy nastepny wyjazd - zobaczymy.

Zdjęcia z wakacji


Święta, Nowy Rok

Tym razem Święta Bozego narodzenia spędzilismy bardzo nietypowo. Wynajeliśmy chatke na pólnoc od Toronto. Z daleka od zgielku cywilizacji, Bez komputera. Zatao z nadziejami na śnieg, mróz i prawdziwą przyslowiową kanadyjską zime. Polnoc była, a jakże . Podobnie jak i odcięcie od zgiełku. Ze śniegiem troche gorzej. Jakiś podobno nietypowy rok. Ledwo kilka centymetrow. Na szczęście wystarczyło to na choć posmakowanie zimowych sportów.

Na pierwsze loty wybralismy snowboard. Wykupiona została lekcja dla reprezentacji rodziny, wypożyczony sprzet, kaski. Pierwsze próby na płaskim okazały się pomyślne wiec towarzystwo wyruszyło na stok. Okazało się, że dla dzieci było to troche za duże wyzwanie. Za słabe mają mieśnie nóg by podołać częstemu wstawaniu. Zrezygnowały dość szybko. Następny punkt programu to gra w hokeja na zamarzniętym stawie. Dzieci dzielni broniły bramek.

Troche jazdy na toboganie z okolicznych górek - sanki są tu raczej mało popularne.

Największym hitem okazało sie zjeżdzanie w tubach. Są to jakby dętki, sądząc po wielkości od traktora obszyte brezentem. Do tego jest tor snieżny, po ktorym sie po prostu zjeżdza. Żeby klienci za bardzo się nie męczyli jest też i wyciąg dla tub. Kuba jednak nie wiem, czy nie poczół zaufania do wyciągu , czy tez na powążnie potraktował rozmowę o słabych mięśniach nóg, ale wolał sam biegać pod górke. Przyznam, że na dobre mu to wyszło, bo w którymś momencie było tak wilu chętnych, że stanie w kolejce do wyciągu zabierało dośc dużo czasu.

Wieczorami, gdzy byliśmy już zbyt zmęczeni na jakiekolwiek zabawy na zewnątrz odbywały sie rozgrywki na konsoli, którą to oczywiście musieliśmy z sobą przywieźć.

W międzyczasie były też Kuby urodziny. Specjalnie wybraliśmy gre na konsolę taką, gdzie można grać w kilka osób równocześnie , jako jedna drużyna. Okazało się to doskonałym pomysłem i dzieci powolutku uczą się współpracu\y. Inaczej nie da się grać.

Nowy Rok

Czas obietnic, planów nadziei. Co zmieni się w naszym życiu nie wiem.

Z dnia na dzien widze, że Kuba ze słodkiego dziecka powoli zmienia się w nastolatka. Próbuje być bardziej samodzielny niż jest. Próbuje sam dociekać rozwiazań swoich problemów - niestety bywa że z mylnymi wnioskami. Potem z tego wynikają nieporozumienia, kłopoty, płacze. Ciągle nie rozumie konsekwencji niektórych swoich zachowań. Ciągle ma kłopot w interpretacja potocznych zwrotów. Długa droga jeszcze przed nami, ale jestem pełna nadziei. Tak wiele się juz zmieniło.

Zdjęcia z wyjazdu

 

Zobacz też: Codzienność, Terapie Kuby, Urszulka

Uaktualnione: 20 sierpnia 2004 Księga Gości Spis treści Forum Kontakt: rozalka@sympatico.ca